List Weroniki z Pleszewa

Z historii mojego jąkania – list Weroniki z Pleszewa, lat 17

(po turnusie terapeutycznym – Wisła, sierpień 2011)

Mam na imię Weronika, jestem osobą walczącą z jąkaniem.

Moje problemy z mową są przy mnie praktycznie od zawsze. Na początku w ogóle nie umiałam mówić, przestawiałam sylaby. Rozumiał mnie tylko mój brat-bliźniak. Kontakt z logopedą mam od 3. roku życia. Kiedy już wyszłam z jednego problemu zaczął się drugi i jak widzę gorszy – jąkanie się. Było to bodajże w trzeciej klasie szkoły podstawowej. Zawsze otwarta, uśmiechnięta, nie zauważałam problemu. Zaczęłam znów uczestniczyć w zajęciach logopedycznych, grupowo i indywidualnie. Czasami było lepiej, czasami gorzej. Poszłam do gimnazjum. Nigdy moje jąkanie nie przeszkadzało mi w nauce. Pomimo tego problemu cały czas brałam czynny udział na lekcjach. Czasem moi koledzy się ze mnie naśmiewali, ale jakoś nie starałam się zwracać na to uwagi. Przyszła klasa trzecia gimnazjum. Wtedy się jeszcze bardziej nasiliło. Rodzice i dziadkowie zaczęli szukać jakiejś terapii.

W lipcu 2010 roku dziadek z wujkiem znaleźli w Internecie informacje o terapii dr. Chęćka. Kiedy zapadła decyzja, że pojadę najpierw na konsultacje do Wodzisławia Śląskiego, a potem na turnus do Wisły zbuntowałam się. Nie chciałam jechać. Nie chciałam spędzić swoich ostatnich wakacji przed liceum w Wiśle. Płakałam, mówiłam rodzicom, że to i tak nic nie da, że cały czas będę się jąkać, bo tak jest i już. Dziadkowie i rodzice postawili na swoim. Jakoś miesiąc przed turnusem pojechałam z całą rodziną na diagnozę. Nie odbyło się bez łez przy tym. Doktor pokazał mi ćwiczenia, jak mam mówić przed terapią, żeby się przygotować. Mówił, że jak będę intensywnie ćwiczyć mam szanse na wyjście z jąkania. Nie wierzyłam mu. Nie ćwiczyłam przed turnusem.

Na terapię miałam jechać z ciocią, a potem ciocia miała się zamienić z mamą. Zawoził mnie tata. Pamiętam pierwszy dzień pełen łez i obaw. Nie chciałam tam absolutnie być. Bałam się przedstawiania się przed wszystkimi. Dopiero po paru dniach z uśmiechem zaczęłam się budzić i z pozytywnym nastawieniem odnosić do innych. Wszyscy terapeuci z ogromną cierpliwością ćwiczyli z nami i już po krótkim czasie dało się zauważyć efekty. Nie sposób nie wspomnieć o naszych ukochanych wolontariuszach, którzy zawsze służyli pomocą. Wyjechałam po pierwszym turnusie zadowolona z siebie, choć diagnoza końcowa nie wynosiła 0%. Wszyscy w domu zauważyli efekty, które szybko stały się historią, ponieważ przestałam realizować zalecenia, w tym wykonywać „terapeutyczne telefony”, czy też zgłaszanie się na wizyty grupowe poturnusowe. Nowa szkoła, klasa, byłam pod wielką presją i wszystko czego się nauczyłam poszło w niepamięć. Znowu się jąkałam.

Rodzice wraz z dziadkami postanowili znowu mnie wysłać do Wisły. Czułam ogromny stres, kiedy musiałam zadzwonić w kwietniu do doktora i poprosić, żeby znowu mnie przyjął na turnus. Było mi po prostu wstyd, wstyd, że zawiodłam siebie, rodziców, dziadków, że zawiodłam przyjaciół i terapeutów, bo obiecałam, że będę ćwiczyć. Z pewnymi osobami cały czas utrzymywałam kontakt. Dowiedziałam się, że spotkam się z nimi na turnusie. Byłam podbudowana tym trochę, że nie będę nowa.

Od razu moje nastawienie po przyjeździe na turnus było inne. Wiedziałam, że jestem wśród osób, które w pełni rozumieją mój problem. Starałam się być otwarta, nie zamykałam się w pokoju i płakałam. Od obietnic od razu przeszłam do czynów. Podczas tego turnusu cały czas starałam się mówić wolniej, zgodnie z techniką przedłużonego mówienia (magicznym symbolem TPM). Mobilizowali mnie do tego nie tylko terapeuci, ale także nasi wspaniali wolontariusze: Maciek z Agatą, Maciek z Poznania i Bartek. Ich rola w tym, że odniosłam sukces jest nie do wyrażenia słowami. Codziennie motywowali nas swoim uśmiechem, nastawieniem. Nie można zapomnieć również o terapeutach. Znałam ich już lepiej tak samo jak i techniki :) Choć byłam bardziej pewna siebie nadal bałam się niektórych zadań. Lecz jest to normalne i nie ma się czego wstydzić, bo w moim wypadku stres działa mobilizująco. Na tym turnusie poznałam jeszcze więcej sympatycznych osób, których mi teraz brakuje. Brakuje mi ich wsparcia, uśmiechu, lecz wiem że tym razem ich nie mogę zawieźć. Po diagnozie końcowej u p. Eli Bijak ( po raz drugi byłam u niej na diagnozie końcowej) mój wynik wynosił upragnione 0%. Obiecałam sobie i wszystkim moim znajomym, terapeutom, że już do Wisły nie wrócę jako osoba jąkająca. Nie mam takiego zamiaru.

Jestem dwa miesiące po turnusie. Ćwiczę codziennie i nie chcę przestawać, bo wiem, że wtedy będzie gorzej, dużo gorzej. Po pierwszym turnusie zachłysnęłam się sukcesem. Nie chcę powtórzyć tego błędu. W sytuacjach stresowych występują jeszcze sporadyczne bloki, ale wiem, że jak wytrwam w ćwiczeniach, telefonach terapeutycznych to będzie dobrze. Przecież w końcu musi być ok.

Nigdy nie zapomnę tego co zrobił dla mnie dr. Chęciek czy też pozostali terapeuci wraz z wolontariuszami. Dali mi oni siłę i chęć do dalszej walki. Teraz wiem jak mogę z tym walczyć i nie wstydzę się mówić o tym, ze potrzebowałam pomocy. W końcu każdy w swoim życiu dotyka dna i potrzebuje kogoś, żeby się z niego odbić. Ja już tego kogoś znalazłam i postaram się go nie wypuścić.

Weronika z Pleszewa, lat 17

15.10.2011

Gdyby ktoś chciał się ze mną skontaktować, podaję maila:

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Najnowsze informacje

logo nowe1

Zmodyfikowana Psychofizjologiczna Terapia Jąkania

ul. Kubsza 31, I piętro
44-300 Wodzisław Śląski
Polska

Skontaktuj się

Komórka: +48 605 855 058
Stacjonarny: +48 32 415 22 23
E-mail: mcheciek@op.pl

Rejestracja wyłącznie drogą telefoniczną lub mailową

Poniedziałek - Czwartek:
17:30 - 19:30