List Przemka
Historia mojego jąkania i wspomnienia z Programu Intensywnej Terapii w Wiśle (list po turnusie w Wiśle, sierpień 2008)
Mam na imię Przemek. W sierpniu 2008 roku byłem uczestnikiem turnusu w Wiśle i wróciłem stamtąd z nowymi, dobrymi doświadczeniami, a przede wszystkim z receptą na NIEJĄKANIE... ale zacznę od początku.
Moje problemy z mową zaczęły się z początkiem szkoły podstawowej. Najpierw było to coś w rodzaju zwykłej tremy i strachu przed mówieniem. Jednak normalnie uczestniczyłem w apelach szkolnych i przedstawieniach. Ale ziarnko do ziarnka i ... zaczęły się poważniejsze problemy w mówieniu.
To były zwykłe małe „bloczki”, które można było ominąć przez użycie innego słowa i inne tego typu sztuczki. W sklepie można było udawać, że nie jest się do końca zdecydowanym, że zapomniało się po co przyszło. Z bardziej śmiesznych rzeczy pamiętam to, gdy udawałem w bibliotece, że nie pamiętam jak się nazywam. Dziwne, ale pani bibliotekarka wydawała się nie być zaskoczona. Powiedziała tylko, że jej też czasami zdarza się zapomnieć nazwiska:).
I tak minął czas szkoły podstawowej i gimnazjum. Gimnazjum to również niestety czas, w którym przeżyłem silne i negatywne emocje, które miały wpływ na dalszy rozwój jąkania. Poważne problemy zaczęły się wraz z rozpoczęciem technikum. Niestety, nowe środowisko nie pozwoliło mi na stosowanie dotychczasowych uników. Musiałem zacząć się oficjalnie jąkać i zacinać. Nie potrafiłem powiedzieć ani słowa. I wtedy zacząłem mówić „na siłę”. Każdy blok pokonywałem na początku przez chrząknięcie. Tylko jak już zacząłem serię chrząknięć, to już nie wyglądało przyjemnie. Następnie „wymyśliłem” sobie inne próby pokonywania bloków. Trudno jest mi to opisać, ale w jakimś stopniu przypominało to próby uruchomienia starego silnika motoru, któremu i tak brakuje paliwa. Przez moje mówienie zacząłem usuwać się z życia towarzyskiego i zamykać coraz bardziej w sobie. Czas mijał, a ja unikałem najlepszych chwil życia, bo .... jąkam się.
Ale ważne, aby się nie poddawać. Szukałem pomocy u kilku specjalistów. Mój pierwszy kontakt z logopedą miał miejsce, gdy miałem dziewięć lat. Byłem tam parę razy z mamą i później przestaliśmy chodzić na wizyty. Podczas gdy chodziłem do szkoły średniej, jeszcze dwa razy zdarzyło mi się siedzieć na fotelu w gabinecie logopedów. Te próby leczenia również przerywałem po kilku spotkaniach. Zawsze dochodziłem do wniosku (może nie zawsze słusznego), że to nie ma sensu. Cóż, muszę się jąkać. Tak skończyłem jakoś szkołę średnią, zdałem maturę. Zacząłem studiować. Po jakimś czasie dałem sobie jeszcze jedną szansę. Znalazłem w książce telefonicznej spis logopedów i zacząłem dzwonić (!). Niestety nikt z NZOZ-ów nie chciał podjąć się leczenia dorosłej osoby. Jednak po kilku próbach udało mi się znaleźć „odważnego” doktora. Na pierwszej wizycie ledwo co mogłem mówić. Ale ustaliliśmy, że będę ćwiczył i będą rezultaty. Rezultatów nie było. W przypływie szczerości usłyszałem od logopedy słowa prawdy, której nikt wcześniej nie chciał mi wyjawić: nie potrafił mi pomóc, nie wiedział co ze mną zrobić. Na szczęście wtedy Pan doktor wpadł na genialny pomysł: dał mi numer telefonu do dra Mieczysława Chęćka.
W ogóle nie kojarzyłem kim jest dr Chęciek, więc tę wiadomość przyjąłem bez większego entuzjazmu. Ale gdy przeczytałem w internecie listy i wspomnienia osób, które przechodziły tę terapię, wstąpiła we mnie nadzieja, że może jednak jest jakaś szansa na sukces.
Spotkanie z Panem Mieczysławem odbyło się w Kielcach na początku kwietnia 2008 roku. Mówiłem tragicznie! Jednak, gdy dostałem pierwsze wskazówki o prawidłowym oddechu, o mówieniu w wolnym, terapeutycznym tempie i wiele, wiele innych, moje wypowiedzi stały się bardziej płynne. Spotkania z dr Chęćkiem odbywały się jeszcze kilkakrotnie między innymi w Katowicach i Sosnowcu. Wraz z innymi uczestnikami terapii prezentowaliśmy grupie studentek logopedii nasze umiejętności pięknego mówienia. Bardzo denerwowałem się przed każdym takim spotkaniem. Mówienie do grupy nieznanych osób to coś, co odpycha, a przynajmniej nie zachęca osoby takiej jak ja. W międzyczasie, w domu wykonywałem ćwiczenia oddechowe, ćwiczenia wolnego, terapeutycznego mówienia i czytania. Starałem się wdrażać zdobyte umiejętności w życiu codziennym. Raz się udawało, a raz nie. I tak dotrwałem do sierpnia ...2008 .
16 sierpnia pojechałem na turnus dla osób jąkających się, który odbywał się w Wiśle. Jadąc tam nie do końca wierzyłem, że osiągnę wyznaczony cel. Stres przed tyloma obcymi osobami był ogromny, a jeszcze powiększył się, gdy mieliśmy przedstawiać się na wieczornym spotkaniu przed kilkudziesięcioosobową widownią. Zdziwienie i radość jakich doznałem po prezentacji swojej osoby były niewyobrażalne. Udało się! Wystarczyło jedynie pamiętać o podstawowych technikach. Ruchy upłynniająco - rytmizujące, spokojny oddech, i „woolnaa moowaa”, przedłużająca samogłoski pozwoliły mi normalnie powiedzieć to, co chciałem.
I w ten sposób rozpoczęliśmy intensywny trening i ćwiczenia. Przez pierwsze dni doskonaliliśmy się w mówieniu jedynie w Ośrodku. Poranna relaksacja, praca z echokorektorem, ćwiczenia technik delikatnego startu mowy oraz terapia oddechowo-emisyjno-dykcyjna to było to, co miało nas przygotować do poważniejszych zadań w centrum Wisły. Bardzo wiele dawały nam również poobiednie spotkania terapeutyczne, gdzie m.in. rozmawialiśmy w grupie, odgrywaliśmy różne scenki, bawiliśmy się w gry psychologiczne. A wszystko to po to, aby przełamywać lęki przed mówieniem w dużej grupie ludzi. Przyszedł jednak dzień, w którym musieliśmy wyjść do centrum Wisły, żeby sprawdzić swoje umiejętności wśród obcych i przypadkowo spotkanych ludzi. Proste pytanie: „Przepraszam, która jest godzina?” było dla mnie progiem, którego przekroczenie pokazało mi, że TERAPIA DAJE WYMIERNE SKUTKI. Późniejsze ćwiczenia, czyli dalsze „zaczepianie” ludzi w najróżniejszych sprawach odbywały się już przy poczuciu dużej pewności siebie i bez obawy, że nie będę mógł czegoś powiedzieć. Większość ludzi bez problemu jąkania mówi na co dzień ot tak, po prostu. Nie zdają sobie sprawy z tego co mają powiedzieć. Ja na turnusie przekonałem się, że dostałem SKARB cenniejszy od naprawdę wielu rzeczy. Wartość jego dostrzec mogę jedynie ja i bliskie osoby, które wiedzą, jak NORMALNE MÓWIENIE jest dla mnie ważne.
Teraz, gdy wróciłem do rzeczywistości, gdy każdego dnia życie pokazuje swoje różne oblicza, doświadczenie i wiedza zdobyte w Wiśle są tym bardziej cenne. Nie zawsze jest różowo. Nie zawsze łatwo da się pokonać emocje. Czasem zdarzają się potknięcia. Jednak dzięki temu wciąż pamiętam, że nie zakończyłem jeszcze terapii. Cały czas muszę pamiętać o wskazówkach i radach doktora Mieczysława i terapeutów. Bo o porażkę nie trudno i dlatego czeka mnie jeszcze długa droga do osiągnięcia pełni sukcesu. A sukces osiągnie się tylko poprzez intensywny rozwój i ulepszanie siebie. Poprzez wiarę, że się potrafi i że mimo wszystko MOŻNA BYĆ CAŁKIEM WOLNYM od jąkania!
Dziękuję wszystkim terapeutom za wytężoną pracę z nami. Kończąc, chciałbym szczególnie podziękować Panu Mieczysławowi Chęćkowi za to, że pomimo mojej trudnej sytuacji umożliwił mi leczenie pod swoją opieką. Przekonałem się, że są jeszcze ludzie, którzy nie przechodzą obojętnie obok człowieka, który potrzebuje pomocy. Przekonałem się też, że nawet z najgorszej sytuacji jest jakieś wyjście, a na pewno jest ktoś, kto to wyjście wskaże, tak po prostu i zwyczajnie. Dziękuję!
Przemek Morawski, Skała/Kraków 2008
P.S. Jeśli ktoś ma jakiekolwiek pytania i wątpliwości, z chęcią odpowiem i pomogę. Przecież musimy się trzymać razem, nie? Mój adres e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. nr gg: 8935846, skype: varom777. Pozdrawiam.

